| A A A
polski
Akademia Humanistyczna
Kolekcja Niemieckiej Poezji Klasycznej

Biblioteka Główna im. Andrzeja Bartnickiego

Wydawnictwo Typografia Pułtusk

Bibliotheca Augustana
 
PRZEDMOWA

Krótkie życie dane było Georgowi Heymowi: zaledwie zyskał rozgłos niewielkim tomem wierszy Wieczny dzień (1911), utonął wraz ze swoim przyjacielem Ernstem Balcke w Haweli. Śmierć ta od razu stała się przedmiotem legendy, do której przyczynił się zarówno niezwykły talent Heyma i jego młody wiek (miał zaledwie dwadzieścia cztery lata), jak i tematyka jego poezji, w której wręcz obsesyjnie powracały obrazy topielców. Nieuniknione było wrażenie, że poeta przewidział własny los, a wobec tego i w innych jego wizjach dopatrywano się mocy profetycznej. Pojawiły się nawet głosy, że Heym dostrzegł w swoim czasie zbyt wiele groźnych zwiastunów, aby zazdrosny los nie miał wymusić na nim milczenia. Jedno jest pewne: wypadek uświadomił wszystkim ogromną stratę, jaką poniosła literatura niemiecka. Formujący się dopiero ruch ekspresjonistyczny miał swoją pierwszą ofiarę i był nią poeta uznany za najwybitniejszego wśród rówieśników. Wkrótce potem śmierć dopadła dwóch innych, równie znamiennych poetów tego nurtu: Ernsta Stadlera, który poległ jesienią 1914 na froncie belgijskim, i Georga Trakla, który zaledwie parę dni później, zatruty kokainą, zmarł w krakowskim szpitalu garnizonowym (co upamiętnia kamienna tablica z fragmentem wiersza Śpiew pojmanego kosa).

Lekturze wierszy Heyma towarzyszyła już odtąd zawsze świadomość przedwcześnie przerwanego życia, jest więc zrozumiałe, że tragiczne wydarzenie oddziaływało na wyobraźnię i budziło zainteresowanie wszystkimi szczegółami (dodajmy, że po latach znalazło wyraz w twórczości Zbigniewa Herberta). Najdokładniej i na podstawie wszystkich dostępnych źródeł, przede wszystkim relacji Rudolfa Balcke (brata Ernsta), odtworzył przebieg wypadku Hans Peter Renz1. Dwaj przyjaciele wysiedli 16 stycznia 1912 rano na jednym z zachodnich przystanków berlińskiej kolei miejskiej Pichelsberge z zamiarem spędzenia całego dnia na ślizgawce. Ich celem było Wannsee. Wczesnym popołudniem znaleźli się na wyspie Lindwerder, gdzie mieściła się mała restauracja, i około drugiej kontynuowali wyprawę łyżwiarską w górę rzeki, ku półwyspowi Schwanenwerder. Stwierdził to Rudolf następnego dnia, kiedy udał się na poszukiwanie zaginionych wraz ze swoim przyjacielem Hansem Thomasem. Idąc po lodzie znaleźli około kilometra od Lindwerder, w odległości 200-300 metrów od prawego brzegu, rękawiczki i czapkę Heyma; w pobliżu leżał kijek Ernsta Balcke. Obok wystawały bryłki lodu, a między nimi widniały krawędzie otworu, pokrytego świeżą skorupą i śniegiem. Był to jeden z otworów, który wybijano dla ryb i ptactwa wodnego. Spotkani w lesie Grunewald robotnicy leśni zeznali, że widzieli dwóch łyżwiarzy, którzy między godziną trzecią i czwartą wpadli do wody. Jeden z nich przez prawie pół godziny wzywał rozpaczliwie pomocy, ponieważ jednak robotnicy nie mieli odpowiedniego sprzętu i bali się słabo widocznych dziur, nikt nie pospieszył z ratunkiem. Po dwóch dniach Rudolf zaangażował do poszukiwań rybaków z Gatow i Kladow, miejscowości położonych na lewym brzegu. Dopiero w sobotę 20 stycznia odnaleziono ciało Heyma, prawie w tym miejscu, gdzie leżały rękawiczki. Nogi były podkurczone, ręce poranione od lodu. Ciało przewieziono na mały cmentarz samobójców Schildhorn w Grunewaldzie, odwiedzany kiedyś przez Heyma podczas podberlińskich spacerów. Składano tu zwłoki znalezione w lesie lub wyłowione z wody.

W niedzielę udał się na cmentarz Hans Thomas. W drewnianej szopie, służącej za kostnicę, ujrzał niesamowity widok. Ciało Heyma leżało zmarznięte, policzki miał zarumienione, jak gdyby spał. Do butów przytwierdzone były łyżwy. Na lewo spoczywały przykryte płaszczem zwłoki młodego samobójcy, który rzucił się pod pociąg, z wystającą okrwawioną kością goleniową. Na prawo - w wyciętym bloku lodowym zwłoki topielca, bez głowy, którą rozszarpały szczury, mewy i wrony. Trudno, aby się nie przypomniał pochód z Ojczyzny umarłych: „Idą drżąc od mrozu, który im szyje szkłem czerwonym ścina”, podobnie jak profetyczny musi się wydawać wiersz napisany krótko przed śmiercią:

Szliśmy po ścieżkach jesiennych, jakże wąskich,
I kaleczyły nam twarze kule szklane,
Ktoś trzymał je przed nami na kościstej dłoni.
Naszej męki płomienie drogę oświetlały.

Wreszcie słabi przepadliśmy w szklanej przestrzeni.
Krzyczeliśmy rzewnie, bo pękło cienkie szkło...

Ciało Ernsta Balcke wyłowiono spod lodu 6 lutego, bez śladów rozkładu. Tragiczne wydarzenie dałoby się odtworzyć tak: najpierw wpadł pod lód Ernst (otworów nie oznakowano, a władze lokalne tłumaczyły się potem, że dla łyżwiarzy wytyczona była osobna trasa od Gatow do Schwanenwerder), Georg próbował ratować przyjaciela, ale kruchy lód się załamał. Ciało Heyma złożono do trumny 23 stycznia, pogrzeb odbył się następnego dnia na cmentarzu Luisengemeinde przy Fürstenbrunner Weg. Po trzydziestu latach grób, o który nikt się nie troszczył, został przez zarząd cmentarza zlikwidowany. Rodzice poskąpili informacji, że leży tu poeta - może dlatego, że ojciec niechętnym okiem patrzył na niezrównoważone usposobienie syna, a jego wiersze uważał zapewne za młodzieńcze dziwactwo. Dwuznacznie zabrzmiał napis z Księgi Jeremiasza, umieszczony na płycie grobowej: „Miłością wieczną umiłowałem cię, dlatego przyciągnąłem litując się” (31,3, przekład ks. Wujka).

Wiersz Herberta Georg Heym, przygoda prawie metafizyczna (umieszczony w cyklu Pan Cogito) przedstawia w pierwszej części wrażenia i rozmyślania poety podczas jazdy na łyżwach, w drugiej - stojących nad otworem w lodzie policjantów wśród tłumu gapiów. Ślizgając się, Heym krąży wokół „ruchomego centrum” i traci poczucie przyczynowości wszelkich związków. W przełożeniu na poetykę oznacza to poddanie się natłokowi niekontrolowanych obrazów - i wynikające stąd niebezpieczeństwo. Stróżowie porządku daremnie próbują ustalić logikę zdarzenia: otwór w lodzie przypomina wejście do lochu i zimne usta maski.

Heym się wymknął. Jego zbuntowana poezja szokowała właśnie dlatego, że ujawniała ciemne strony istnienia i nie poddawała się kryteriom logiki. Makabryczne wizje oznaczały spojrzenie w tajemnice egzystencji, za kurtynę milczenia. Punktem wyjścia jest najczęściej realna sytuacja, wyobrażona lub zaczerpnięta z przekazu historycznego. Zaledwie jednak zdąży się zarysować, rozsadza ją potok niesamowitych obrazów. Krytyka od razu dostrzegła podobieństwa z Baudelaire’em, Poem i Rimbaudem, z wyobraźnią Goi, Ropsa i Kubina. Analogię potęgował jeszcze rygor warsztatu poetyckiego, nieubłagana dyscyplina formy, jaka towarzyszyła najśmielszym nawet erupcjom wyobraźni. Nie wszystkim się ona podobała: w duchu epoki było już przecież rozluźnianie gorsetów formalnych, odrzucanie konwencjonalnych miar. Heym dojrzewał szybko i już po wydaniu pierwszego (i jedynego) tomu poezji zdał sobie sprawę, że musi przekroczyć te bariery, nawracając na wyższym poziomie do spontanicznych prób poetyckich wczesnej młodości. W swoim dzienniczku zanotował pod datą 27 września 1911: „Jamb jest kłamstwem. A już z pewnością łacińska forma, przejrzystość, czworograniastość, jest łańcuchem pętającym myśl. Zatoczywszy wielki łuk, wróciłem tam, skąd kiedyś wyszedłem, jak ktoś kto idzie serpentyną górskiej drogi i nagle odnajduje się na tym samym miejscu góry, tylko o jeden stok wyżej. Wymuszony rym jest obrazą boską”2.

Rygor formy był jednak nie tylko, zawodnym zresztą, ratunkiem przed szaleństwem, jak o tym mógłby świadczyć zapis z 20 listopada: „Teraz czeka mnie walka. Albowiem moja fantazja wystąpiła przeciwko mnie i nie chce już zachowywać się tak, jak ja bym chciał. Moja fantazja, moja dusza ogarnięte zostały trwogą i gnają zdesperowane w swojej klatce. Nie mogę już ich doścignąć”. Zamykając w regularnych kształtach stroficznych dzikie i nieokiełznane obrazy, Heym jakby kpił z doskonałości formalnej, kompromitował nienaganny, łaciński polor wierszy Stefana George czy Hugo von Hofmannsthala przez unaocznienie, jak łatwo może on zamienić się w swoje przeciwieństwo. Wiersze tamtych poetów, czytane w pryzmacie liryki Heyma, stawały się popisem estetyzującego kunsztu, czymś na kształt własnej parodii. Kiedy po występie na wieczorze klubowym recenzent nazwał młodego poetę uczniem Stefana George, Heym nie posiadał się z gniewu, notując 8 lipca 1910: „... kto mnie zna, ten wie, co sądzę o tym ciamajdowatym hierofancie, napuszonym wynalazcy literackiego bibelotu i nosicielu wieńca laurowego ipso iure”. Zapewne, ta młodzieńcza przesada mogła też wynikać z chęci zacierania tropów, zwłaszcza że Heym wykazywał skłonność do nagłej zmiany nastrojów. Z taką samą przesadą nazwał w jakiejś rozmowie Rilkego „wróblem z piórami pawia”. Nie ulega jednak wątpliwości, że korzystając ze szkoły poetyckiej poprzedników, pragnął nade wszystko zaznaczyć swoją odrębność przez ukazanie zjawisk albo w ogólne nieobecnych w ich poezji, albo przesłoniętych mgiełką estetyzmu. Ustawiał się w szeregu takich pisarzy jak Lenz, Kleist, Grabbe, Hölderlin, Lenau, niezdolnych do kompromisów, jakim z jego punktu widzenia ulegali Goethe, Rilke czy George. Nienawidził ducha pruskiego, pociągał go romański poryw rewolucyjny, patos wielkich przywódców i odkrywców nieznanych lądów, chociaż widział, jak za każdą wielkością czai się tragizm klęski, pustki i rozkładu. Bogowie powracali czasem w ten świat już tylko jako świadkowie upadku, a projekty nowej religii stawały się marzycielską utopią.

Heym zwracał się ku stronom życia, w których degradacja przybierała wymiary wręcz demoniczne. W pejzażach wielkiego miasta odpady, wyziewy, ścieki i wszelkie wynaturzenia cywili-zacyjne narzucają się z większą ekspresją niż ruchliwe i barwne życie metropolii. Widziano w tym dziedzictwo naturalizmu. Heyma intrygują nade wszystko strefy upokorzenia, nędzy i cierpienia: monstra ludzkie na zaniedbanych przedmieściach, tępy i okrutny los więźniów, pacjenci żałosnych szpitali. Jeszcze zanim nastała wojna i rewolucja, powiewają nad tym światem złowieszcze sztandary, jak gdyby rozpętały się siły piekła i ci, co żyją jeszcze, należeli już do świata umarłych. Posępne wizje rozwijają się od szczegółowej obserwacji i zamkniętej przestrzeni do rozmiarów kosmicznych z siłą i szybkością huraganu. Te nagłe metamorfozy znamionują przekroczenie granic naturalizmu i impresjonizmu. Nie cofając się przed sugestywnymi obrazami kalectwa, choroby i rozkładu, widzianymi na przemian w zastygłej martwocie i w procesyjnych pochodach, Heym łagodzi ich drastyczność wszech-obejmującym, męskim współczuciem. Jest odkrywcą nowego piękna. Umarli i umierający są nie tylko żałośni w swojej nędzy i szpetocie, promieniuje z nich łagodna wzniosłość i cicha radość z ostatecznego spełnienia, tajemnica niebytu. Kochają się jeszcze czulej niż w życiu ziemskim. W potężnym prądzie Styksu przeżywają fascynującą grozę żywiołów. Obca jest im żądza odwetu, ponieważ byt w nicości objawia bogatsze doznania niż dostępne śmiertelnikom, pogrążonym w marazmie i bezna-dziejności życia. Świat musi przejść przez strefę śmierci, zanim powstaną przesłanki jego odrodzenia. Wizja ta pojawiła się w literaturze niemieckiej równie gwałtownie, jak szybko zgasła, ustępując miejsca rzeczywistemu kataklizmowi.

Buntownicza, niespokojna i impulsywna natura Heyma czyniła go wrogiem mieszczańskiego ładu, a poczucie nieprzystosowania utwierdzał jeszcze brak zrozumienia ze strony rodziców, zwłaszcza ojca, który pragnął dla syna konwencjonalnej kariery urzędniczej lub wojskowej i miał mu za złe zarówno jego pasje literackie, jak mało odpowiedzialny tryb życia. Pełne rozżalenia słowa wyrwały się Heymowi w zapisie dziennika z 3 listopada 1911: „Dla historyka literatury będzie z pewnością kiedyś bardzo ciekawe prześledzenie mojej drogi. Sądzę, że znajdzie tu wiele interesujących rzeczy. Jedno tylko: stałbym się jednym z największych poetów, gdybym nie miał takiego świńskiego ojca. W czasie gdy potrzebna mi była rozumna opieka, musiałem dokładać wszelkich starań, aby trzymać tego niegodziwca z dala od siebie. Gdyby mi ktoś nie wierzył, niech zapyta matkę o moją młodość”. Tylko niezwykle silnie urażona ambicja mogła podyktować takie epitety.

Matka poety Jenny, z domu Taistrzik, była córką sędziego i ziemianina. Heym interesował się jej pochodzeniem, skoro zanotował w dzienniku, że jej dziadek był radcą sądowym w Raciborzu, a pradziadek miał przywędrować z Węgier na Górny Śląsk. Ojciec Hermann był prokuratorem w Jeleniej Górze (Hirschberg) i tu urodził się 30 października 1887 syn Georg, ochrzczony w obrządku ewangelickim. W 1892 roku ojciec został przeniesiony do Poznania, w dwa lata później do Gniezna, w 1899 znów do Poznania, gdzie Georg kontynuował naukę w gimnazjum im. Fryderyka Wilhelma. Kontakt z polskim środowiskiem pozostawił parę śladów w jego poezji (wiersze Polska i Gina). Tymczasem ojciec przez rok przebywał w sanatorium, ponieważ obowiązek asystowania przy wykonywaniu wyroków śmierci niekorzystnie wpłynął na jego stan duchowy. Jesienią 1900 objął stanowisko prokuratora wojskowego w Berlinie, na którym pozostał do emerytury w 1910 roku.

Georg miał kłopoty z nauką. W 1905 roku nie uzyskał promocji do klasy oberprima i został przeniesiony do gimnazjum w Neuruppin. Już wtedy pisał wiersze; najwcześniejsze zbiegają się z początkiem pobytu w Berlinie. Wniosek o dopuszczenie do matury ponawiał dwukrotnie. Uzyskał ją w 1907 roku i rozpoczął studia prawnicze w Würzburgu. Tu opublikował pierwszy akt dramatu o tematyce antycznej Wyprawa na Sycylię. Od jesieni 1908 kontynuował studia w Berlinie, potem w Jenie. W 1910 roku zwrócił na siebie uwagę w berlińskim środowisku młodoliterackim: został wprowadzony do „Nowego Klubu”, który zaczął organizować wieczory literackie pod nazwą „Kabaret Neopatetyczny”, gdzie począwszy od drugiego wieczoru w lipcu młody poeta czytał swoje wiersze; obok niego występowali Kurt Hiller, Ernst Blass, Jakob van Hoddis.

Po zapoznaniu się z wierszami Heyma w czasopiśmie „Der Demokrat” znany wydawca lipski Ernst Rowohlt zaproponował mu wydanie tomu poezji. Zbiorek ukazał się w kwietniu 1911 pt. Wieczny dzień, a liczne recenzje zapewniły autorowi pomyślny start literacki. Od lutego 1911 Heym nawiązał współpracę z „Die Aktion”, najżywiej redagowanym czasopismem wczesnej fazy ekspresjonizmu o orientacji radykalnej. Kariera prawnicza nie układała się, Heym myślał o służbie wojskowej, zapisał się też na seminarium języków orientalnych (do klasy arabsko-marokańskiej), pragnąc zostać dragomanem, ale tragiczna śmierć przerwała wszystko. W kwietniu „Nowy Klub” urządził wieczór wspomnień o poecie. Rówieśnik Heyma, Gottfried Benn, zaliczył potem niektóre jego liryki do najpiękniejszych, jakie napisano w języku niemieckim.

                                                                                                 Andrzej Lam


[1] H. P. Renz Bericht vom Tode Georg Heyms, w: G. Heym. Dokumente zu seinem Leben und Werk. Hrsg. von K. L. Schneider u. G. Burkhardt, München 1968, C. H. Beck, s. 455-472.

[2] G. Heym Dichtungen und Schriften. Band 3. Tagebücher, Träume, Briefe. München3 1986, s. 166.

Towarzyszące wierszom pliki dźwiękowe zostały zaczerpnięte z audycji Polskiego Radia:
 
Wieczny dzień (1). Adaptacja: Grażyna Gronczewska. Reżyseria: Andrzej Jarski. Realizacja akustyczna: Maria Olszewska. Oprac. muzyczne: Krystyna Młodziejowska. Interpretacje wierszy: Joanna Jędryka, Michał Pawlicki, Wiesław Wardejn. Polskie Radio Bis
 
Wieczny dzień (2). Adaptacja: Grażyna Gronczewska. Reżyseria: Zdzisław Dąbrowski. Realizacja akustyczna: Andrzej Złomski. Oprac. muzyczne: Krystyna Młodziejowska. Interpretacje wierszy: Stanisława Celińska, Anna Romantowska, Zbigniew Suszyński. Polskie Radio Bis
 
Posłuchaj
Sztuka przekładu: Heym. Audycja Witolda Malesy przy współudziale Marii Olszewskiej. Interpretacja wierszy: Andrzej Ferenc. PR, Program 2